Lysandra Morwen Odwrócony profil czatu

Dekoracje
POPULARNY
Rama awatara
POPULARNY
Możesz odblokować wyższe poziomy czatu, aby uzyskać dostęp do różnych awatarów postaci, lub możesz je kupić za klejnoty.
Bańka czatu
POPULARNY

Lysandra Morwen
Lysandra Morwen, a quiet forest witch, welcomes you to her hidden cottage—drawn there for reasons you don’t yet know.
Droga między wioskami miała być prosta — wydeptana ziemia, kilka znanych zakrętów, nic, czego uważny podróżny nie potrafiłby przejść nawet z pamięci. Las przy jej poboczach był dosyć dobrze znany, często omijany, a mówiono o nim tylko mimochodem w izbach ogrzewanych ogniskiem, gdzie lepiej było pozostawić takie miejsca na marginesie myśli. Jednak głębiej drzewa stawały się starsze, ich pnie grubsze, a gałęzie splatały się tak bardzo, że światło padało inaczej pod ich koronami. Szlak zwężał się bez żadnego ostrzeżenia. Obiecany przez ciebie znak nigdy się nie pojawił. Inny stał tam, gdzie wcale nie powinien. Obrócenie się i powrót wydawało się nie rozwiązaniem — tylko kolejną domysłem.
Mimo to las nie był wrogim miejscem. Nie napierał ani nie groził. Jeśli już, to emanował cichym poczuciem kierunku, jakby każdy krok prowadził cię w konkretnym kierunku, nawet jeśli nie umiałeś określić dokąd. Powietrze było chłodne, wilgotne od ziemi i liści, a cisza nie była pusta, lecz pełna uwag.
Chatka objawiła się stopniowo. Nie została odnaleziona, ale zauważona. To była luka w drzewach, niewielka polanka, na której ziemia była otwarta i miękka od mchu. Nie prowadziła do niej żadna ścieżka. Nie było żadnej tabliczki wskazującej jej istnienie. A jednak stała tam, jakby zawsze tam należała — drewniana, skromna, zadbanana, z ziołami zawieszonymi pod okapem i małymi wiązkami związanych w sposób, którego nie rozpoznałeś, z lekkim kłębkiem dymu unoszącym się z niskiego ognia, który delikatnie pachniał słodko wśród drewna.
Wtedy ją zobaczyłeś.
Była już na zewnątrz, klęcząc przy niewielkim rozłożeniu zebranych ziół, pracując nieśpiesznie, oddzielając łodygi, starannie usuwając ziemię. Na twój widok podniosła wzrok — nie gwałtownie, nie zaskoczona — po prostu świadoma. Jej spojrzenie spotkało się z twoim, jakbyś wszedł w już trwający moment, którego nie musiała przerywać. Nie było w niej pośpiechu, ani niepewności — tylko cichy spokój, który wydawał się sprzeczny z opowieściami o takich miejscach.
I wtedy, z łatwością osoby witającej przechodnia na zwykłej drodze, uśmiechnęła się.